Dwa koła, to za mało

W SPOWIEDZI MOTOCYKLISTY wspomniałem, że swego czasu usiłowałem udowadniać, że dwa koła to więcej niż cztery.

Już nie próbuję.


Dorosłem.


Do czego?

Przede wszystkim do uczciwości wobec samego siebie.


Nawet dziecko wie, że lepiej być młodym, pięknym i bogatym niż starym, brzydkim i biednym.

Co to stwiedzenie ma wspólnego z motocyklizmem?

Wbrew pozorom, sporo.


Jazda motocyklem jest czystą przyjemnością tak długo, jak długo mamy do dyspozycji dobre warunki atmosferyczne.

Kiedy pojawia się wilgoć i niska temperatura, frajda zamienia się w utrapienie.


Relaks przechodzi w nieznośne skupienie.

Poczucie wolności wyparowuje, a pojawia się stan uwięzienia.

Beztroska zamienia się w nierówne zmagania z drogą, na której czają się kałuże, koleiny, strugi wody spod kół ciężarówek, śliskie oznakowanie poziome ulic, ograniczona widoczność, lodowata woda wciskająca się w każdy zakamarek ubrania i ciała.


Pół biedy, jeśli taka atrakcja zdarzy się w ramach godzinnego przelotu po lokalnych zakrętach.

Ale zderzenie się z kaprysami pogody w 300-kilometrowej trasie na weekend jest gorsze niż wyjazd na narty w czasie odwilży.

Niby wszystko jest (ubrania, sprzęt, kwatera, towarzystwo, góry), ale cała wyprawa robi się jakby bez sensu.

Jak na popijawie radzieckich kosmonautów na księżycu:

– Iwan, coś jest nie tak… Wóda jest, zagrycha jest, towarzystwo jest, a jakoś atmosfery nie ma…


Wspomnienia w stylu:

– Zajebista impreza, lało cały czas, ale bawiliśmy się świetnie!

– Przemarzłem na kość, ale było fantastycznie!

przypominają mi starą anegdotę.


Pacjent pokazuje lekarzowi paskudnie pokiereszowane przyrodzenie:

– Panie, co tu się stało?!…

– Widzi pan, panie doktorze… No bo ja mam taką słabość… Taki fetysz… Kiedy zostaję sam w domu, to idę do kuchni, kładę go na stole i naparzam tłuczkiem do mięsa…

– Aha… Aaaa… masz pan z tego jakąś przyjemność?…

– Oj takkk… Kiedy nie trafię…


Dorosłem do tego, żeby nie fundować sobie nietrafionych przyjemności…


Co zatem zrobić z motocyklem?

Pogody zamówić się nie da, więc w ramach łikendowego wypadu trzeba przemieszczać się w plus – minus polskiej strefie klimatycznej.


Rozwiązaniem okazują się dwa dodatkowe koła.


3 razy Pe.

Po prostu przyczepka.


I znów widzę otwierające się noże w kieszeniach motocyklowych ortodoksów:

– Tylko zj.by wożą motocykl na przyczepie!

– Nie po to mam motocykl, żeby nim nie jeździć!


A co komu do tego, co wożę, kiedy i dokąd?


Dziś najbardziej liczy się dla mnie postępowanie w zgodzie ze sobą.

Z moimi preferencjami.

Z moim zdrowiem.

Z moim poczuciem satysfakcji.


Może motocykl nawinie w sezonie mniej kilometrów niż przyczepka.

Może wygląda to zabawnie.

Może komuś się to nie podoba.


Ale mnie…

Bardzo!


Ale czy tak jest na pewno wygodniej?

Oczywiście, że… niekoniecznie.

Zapgrejdowane o dodatkowe dwa koła hobbi wymusza dodatkowy nakład czasu i pracy.


Przyczepkę trzeba wytaszczyć z garażu, schowka lub piwnicy.

Trzeba załadować i zabezpieczyć motocykl.

Trzeba przewidzieć przynajmniej trzydzieści procent czasu więcej na podróż zaprzęgiem.

Na miejscu trzeba przyczepkę rozładować.


Strata czasu?

Nic z tych rzeczy…

To czas poświęcony na ulepszoną wersję hobbi.


Co otrzymuję w zamian?

Baaardzo dużo.


Mówiąc najprościej, przyczepka, mimo całej uciążliwości, jest gwarancją najwspanialszych motocyklowych wspomnień.


Nie muszę się przejmować ilością bagażu, bo przecież mam do dyspozycji cały samochód, a nie dwa nieprzesadnie pojemne kufry.

Nie muszę się przejmować co będzie, jeśli przemoczę część garderoby, a nawet całą, bo nawet jeśli zamoknie wszystko co mam na sobie, w samochodzie będzie czekać na mnie przynajmniej jedna kompletna zmiana odzieży.

Podobnie z butami.


Co jeszcze?


Nie muszę się przejmować prognozą pogody, bo przecież nawet w najpaskudniejszy weekend zdarza się jedna – dwie godziny bez deszczu.

Nie muszę się zastanawiać nad porą wyjazdu, bo podróżuję pod dachem, więc nagły zwrot akcji pogodowej nie jest mi straszny.

Nie muszę zabierać odzieży motocyklowej na zmianę, bo jeśli nawet przemoczę ją do suchej nitki, to i tak będę wracał w ciepłej kabinie samochodu, przebrany w suchy komplet cywilnych ciuchów.


A jak przemoczę totalnie wszystko, samochód mogę prowadzić nawet w samych majtkach.

Albo i bez. ツ


Dzięki przyczepce, motocyklowa eskapada staje się wyprawą na miarę podróży kamperem.

Może przesadnie rozciągnięta w czasie.

Może wymagająca większego zaangażowania sił i środków, ale…

Totalnie i rozpustnie bezstresowa.


Motocyklizm wystarczająco dużo kosztuje, zarówno w złotówkach, jak i w godzinach, żeby do listy kosztów nie dopisywać bezsenswonego uszczerbku na zdrowiu.

Nie tylko tego związanego z możliwym przeziębieniem.

Przede wszystkim chodzi o ryzyko wypadku, kiedy po wielu godzinach w siodle percepcja wysiada, a ostatnie kilometry podróży stają się prawdziwą walką o przetrwanie.


Przysypiając za kierownicą samochodu masz szansę, że obudzą Cię śpiewające pasy na jezdni lub hałas prawych kół toczących się po poboczu. Nawet w razie przytarcia bokiem samochodu o barierkę boczną zaboli Cię portfel, a nie szkielet.

Po przyśnięciu za kierownicą motocykla, prawdopodobnie obudzi Cię anestezjolog.

Jeżeli w ogóle…


Wożenie motocykla na przyczepce ma sporo wspólnego z noszeniem kleson.

Niby obciach, ale… to nie mnie, a wszystkim innym facetom dzwonią z zimna zęby i… (hihi) nabiał.


Może się zdarzyć, że koła motocykla przez cały łikend nawet nie dotkną asfaltu.

I co?


I NIC.


Mój sprzęt.

Moje zdrowie.

Moje bezpieczeństwo.

Moje poczucie dzikiej przyjemności, obrzydliwego komfrotu i perwersyjnego luksusu…


Bajka.


Niezależnie od dowolnie rozumianego wymiaru uprawianego motocyklizmu:

PO-LE-CAM.


A co dokładnie?

Historię o tym, JAK ZOSTAŁEM MARATOŃCZYKIEM.


MOGĄ CIĘ ZAINTERESOWAĆ

Historia jednego silnika

Jestem inżynierem. Nie tylko z tytułu naukowego. Ot tak, z natury. W szczeniackich czasach, moim idolem był Adam Słodowy, a poradniki typu zrób to sam

Na początku było ciało

Moja droga do zdecydowanie męskiego punktu widzenia rozpoczęła się nieco przed czterdziestką. Momentem zwrotnym była decyzja o resecie życiorysu. Kilka walizek z ubraniami, parę kartonów

Historia jednego prezentu

Dbam o to, żeby moja przestrzeń wypełniona była wyłącznie nieprzypadkowymi przedmiotami. Przedmiotami, których naprawdę potrzebuję. Generalnie, praktykuję szlaban na prezenty. Grono moich najbliższych znajomych doskonale