Blog

marzy_mi_sie

Praktycznie od zawsze siedzę za biurkiem.

Na przestrzeni ponad 20. lat współpracowałem z podmiotami praktycznie każdego formatu.

Od kilkuosobowej firmy rodzinnej po międzynarodową korporację.

W większości przypadków w roli samodzielnego specjalisty.

Wspólnym mianownikiem moich zleceniodawców był zwykle mniej lub bardziej bezpośredni związek z nowymi technologiami i, co za tym idzie, nowotechnologiczny wzorzec kultury organizacyjnej.


Kultury, której jednym z podstawowych objawów są imprezy integracyjne.

Od małych spotkań na poziomie zespołu roboczego, po wielkie, ogólnofirmowe uroczystości.

Od spontanicznego, paroosobowego wypadu do baru po godzinach, po kilkusetosobowe pikniki, czy okolicznościowe bale.


Początkowo nawet mi się podobało, ale z upływem lat zacząłem zadawać sobie pytanie:

– Czy nie można byłoby tego zrobić inaczej?


Rezerwacja stolików w popularnym klubie, piwo za trzykrotność normalnej ceny, płytkie rozmowy o przysłowiowej dupiemarynie…

Pokoje zagadek, gokarty, quady, łucznictwo, symulator dachowania.

Świetnie to wszytko wygląda na papierze, w ofercie firmy iwentowej.

Bez wątpienia, beztroska zabawa i relaks stwarzają doskonały kontekst do integracji.

Ale czy to naprawdę wszystko co można zaoferować dorosłym ludziom?


Jest jakaś wartość w tym, żeby osoby widujące się na codzień w rzeczywistości biurowej mogły spotkać się w zupełnie innych okolicznościach.

Nie zmienia to jednak faktu, że większość integracyjnych atrakcji służy wyłącznie rekreacji.

Na dodatek jeszcze kosztuje krocie.


Świadczenia pozapłacowe rozchodzą się tradycyjnie w dwie strony: na usługi zewnętrzne podnoszące poziom konkretnych kwalifikacji zawodowych i na aktywności zupełnie rozrywkowe.

Prawdziwą rzadkość stanowią przedsięwzięcia stymulujące ogólny rozwój osobisty załogi.

Sesje kołczingowe, szkolenia z psychologii biznesu, zarządzania konfliktami, czy koordynacji działań zespołu – one wszystkie zarezerwowane są praktycznie wyłącznie dla kadry menedżerskiej i ewentualnie działu sprzedaży.


A co z resztą ekipy?


Japończycy już kilkadziesiąt lat temu udowodnili genialny wpływ poczucia sprawczości u zwykłych robotników na wydajność procesu produkcyjnego.

Nie rozumiem dlaczego tak trudno przełożyć najlepsze wzorce na grunt warszawskiego Mordoru?


Jakiś czas temu, przy okazji dorocznego balu, spotkała mnie niezwykle miła niespodzianka.

Występ stendapera.

Opowiadał o tworzeniu marki osobistej na własnym przykładzie.

O przemianie korporacyjnego trybika w… stendapera.


Choć prezentowany z przymrużeniem oka, komunikat był zupełnie serio.

Choć wywoływał uśmiech, docierał znacznie głębiej niż do przepony.

Miałem wrażenie, że ten człowiek mówi po prostu do mnie.


Tak, życzę wszystkim uczestnikom integracji takich miłych zaskoczeń.

Żeby wracać z nich nie tylko ze zmęczoną wątrobą, ale również przynajmniej lekko sponiewieranym mózgiem.

Żeby poza oderwaniem od rzeczywistości, integracja zapewniała chociaż minimalną, realną wartośc dodaną.


Co mi się zatem marzy?


Marzy mi się, żeby korporacyjne budżety były rozdysponowywane również na aktywności, które będą miały przełożenie na poprawę jakości życia pracowników w wymiarze ogólnym, a nie wyłącznie w zakresie zwiększania wyrobniczej wydajności.


Co proponuję od siebie?

Tematy masowego rażenia, czyli dotykające praktycznie każego użytkownika biurowego fotela.


Ciało – najważniejszy z zasobów, uniform i wizytowka w jednym.

Męski mężczyzna i kobieca kobieta to nie masło maślane, czyli o męsko-damskości w czasach pseudorównościowej zarazy.

Dominacja i uległość – ponadprzeciętny schemat męsko – damskiej relacji.


Czytając bezkrytycznie powyższy tekst można odnieść wrażenie, że życzę sobie wysokiego popytu na moje usługi.

Nie muszę sobie życzyć.

Dotychczasowa praktyka pokazuje, że zapotrzebowanie w tym obszarze jest ogromne.


Chodzi o coś znacznie większego.

Marzy mi się, żeby docenianie pracowników przez zarządzających nie ograniczało się wyłącznie do zadbania o napełnienie im żołądka i od czasu do czasu kieliszka.


Bo w obecnych czasach, pracując, nie walczymy o przetrwanie.

Pracujemy, żeby żyło nam się i mądrzej, i lepiej.